7 days i droga krzyżowa
To zabawne, w jakich sytuacjach dopadają mnie momenty idealnej radości. Wracałam wczoraj z treningu, który mój szwagier dowcipnie określił mianem "drogi krzyżowej". Był rześki, późny marcowy wieczór. Właściwie prawie noc. Po drodze wstąpiłam do Żabki, gdzie, po niezbyt długiej - przyznaję - walce z sobą kupiłam mojego ulubionego 7 Days'a i skyr ciasteczkowy. Co prawda "dla mężczyzn", ale kobiety też mogą go pić. Nikt tego nie sprawdza.
I tak szłam sobie tarnowskim rynkiem. Pogryzałam sewendejsa, popijałam skyrem. Niebo gwieździste było nade mną, a dziwna, absolutnie znośna lekkość bytu we mnie. Księżyc, prawie w pełni, rozświetlał dachy domów, nadając wszystkiemu klimat z "Zaczarowanej dorożki" Gałczyńskiego, a ja czułam się idiotycznie, niedorzecznie wręcz szczęśliwa.
Komentarze
Prześlij komentarz